Wycieczka do Królestwa Suazi

Tags: afryka , rpa , wycieczki

Po dwóch dniach spędzonych w Narodowym Parku Krugera w Republice Południowej Afryki przejechaliśmy do Królestwa Suazi. Jest to niewielkie państewko o powierzchni tylko 17360 km², położone pomiędzy RPA i Mozambikiem. Mieszka tym niecały milion mieszkańców. Językiem urzędowym jest angielski, potocznie mówionym siswati. Największymi atrakcjami Swazilandu są dzikie zwierzęta i zapierające dech w piersiach górskie krajobrazy. Należy też pamiętać o fantastycznych szlakach wędrownych i ogromnym asortymencie wyrobów rękodzielniczych. Podróżowanie po kraju jest łatwe a baza noclegowa dosyć dobra. Są tam świetnie prowadzone schroniska turystyczne, komfortowe hotele i luksusowe obozowiska.

Termin wizyty najlepiej jest zgrać z którymś z narodowych świąt, takich jak Taniec z Trzcinami, Umhlanga lub Incwala by w ten sposób posmakować kulturowej witalności, z jakiej ludność ta słynie na całym świecie. Władzę w kraju sprawuje król Mswati III i jego kilkuosobowa grupa doradców. Większość obywateli zadowolonych jest z tego systemu, ale istnieją obawy o kryzys kultury narodowej ze względu na konserwatywność rządu. Największym problemem kraju jest epidemia AIDS. W czasie naszej wycieczki do Suazi odwiedziliśmy Mlilwane Wildlife Sanctuary, znajdujące się na południe od stolicy Mbabane, tuż przy królewskiej dolinie Ezulwini Valley.

Mbabane

Mbabane liczy 55 tysięcy mieszkańców, tętni życiem ale nie robi większego wrażenia. W gruncie rzeczy nie różniło by się od przeciętnego południowoafrykańskiego miasta tej wielkości gdyby nie kilka ambasad. Na głównym targowisku na Msundzu Street równie łatwo jest kupić okazyjnie wyroby afrykańskie jak też zostać okradzionym przez kieszonkowców. Suazi to niewielki kraj, na miejsce dotarliśmy dosyć szybko, mijając po drodze miasteczka, które pod żadnym względem nie przypominały tradycyjnych zuluskich wiosek znanych z folderów firm turystycznych. W większości kraj wygląda dość biednie. Następne cały dzień spędziliśmy w Mlilwane Wildlife Sanctuary. Park ten słynie z faktu że nie występują tutaj niebezpieczne dla człowieka drapieżniki, dzięki czemu bez obaw można chodzić po parku i podziwiać z bliska afrykańską przyrodę i krajobrazy. Sanktuarium ma powierzchnię 4560 ha i podzielone jest umownie na część południową i północną. W południowej części spotyka się głównie otwarte trawiaste równiny z niską roślinnością, rozciągającą się do malowniczych gór Nyonyane z odkrytym granitowym szczytem znany jako "Rock of Execution". Nyonyane jest gdzie mieszkały starożytne plemiona San i gdzie znajdują się groby rodzin królewskich co podnosi znaczenie historyczne tego miejsca. Za tymi górami, wspaniały i piękny wodospad Mantenga i dolina Usushwana.

Turystyka

Działalność turystyczna skoncentrowana jest w południowej części. Północną część można odwiedzić tylko z przewodnikiem. Mlilwane to mało ognia, wywodzi się z licznych pożarów, których autorem jest uderzenie pioruna na Wzgórzu Mlilwane. Wiele barwna opowieść mówi o rodzinie Reilly, ze szczególnym znaczeniem dla pioniera Mickey Reilly, którego rodzina nadal zarządza i mieszka w Sanktuarium. Było to kiedyś tereny uprawne, na które ponownie sprowadzono dzikie zwierzęta. Przewodnik wycieczki mówi że występują tutaj białe nosorożce, hipopotamy, żyrafy, krokodyle, antylopy kudu, niale i elandy, natomiast jedynymi dużymi drapieżnikami są lamparty. Niedaleko zapór zbudowano specjalne stanowiska do podglądania ptaków. Żyje tutaj 240 gatunków ptactwa, wśród nich błyszczak ametystowy i żuraw błękitny. Ponieważ drapieżników jest niewiele, po rezerwacie można poruszać się własnym samochodem, konno a nawet na rowerze górskim albo wynająć przewodnika i udać się na pieszą wycieczkę. Dla nas, po trzydniowym, samochodowym safari w Parku Krugera z ulgą opuściliśmy samochód i zaczęliśmy piesze zwiedzanie.

Na noc zatrzymaliśmy się w schronisku Sondzela standardem nie ustępującym schroniskom w Parku Krugera. Dodatkowym plusem były zwierzęta, które swobodnie się pasły nie zważając na turystów. Biegały tam antylopy, zebry, strusie, a w stawach zażywały kąpieli hipopotamy. Jedynymi groźnym zwierzętami były krokodyle, o czym co chwilę informowały tabliczki, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. W pobliskich górach natomiast zaszył się lampart Po dojechaniu do schroniska wyskoczyliśmy na mały rekonesans. Uzbrojeni w latarki na wypadek gdyby zastała nas noc ruszyliśmy w stronę pobliskich gór. Dopiero teraz naprawdę mogliśmy poczuć powiew afrykańskiego powietrza. Po dotarciu na szczyt roztoczyła się przed nami Królewska Dolina. Szkoda, że nie w promieniach zachodzącego słońca, ale przy pochmurnym niebie i zapadającym zmroku. Trochę tym zawiedzeni zaczęliśmy schodzić z powrotem. Wraz z upływającym czasem powoli zaczynała zapadać ciemność, musieliśmy wracać do schroniska.

Jutro jedziemy do St Lucia w Republice Południowej Afryki.

 

Taniec Trzcin w Suazi widziany podczys wycieczki do Afryki Południowej